• Powieści Mistrza Horroru okiem Wilczex

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

Najnowsze wpisy

środa, 13 lipca 2016

JAKBY NIKOGO NIE BYŁO [2016] - MARCO MAGINI



Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, długo zastanawiałam się, po co ludzie piszą takie powieści? W przypadku Srebrenicy, w ogóle wojny na Bałkanach, fikcja zawsze przegra z rzeczywistością. Czy mamy prawo wkładać nasze widzimisie w głowy i usta ludzi, którzy jeszcze żyją i pamiętają?

Wojna na Bałkanach jest jednym z tematów, który nieustannie wyprowadza mnie z równowagi. Bardzo przeżyłam swoją podróż przez Bośnię i Hercegowinę, a Sarajewo widziałam wyłącznie przez pryzmat oblężonego miasta. Czytając „Wojna umarła, niech żyje wojna” Eda Vulliamy'ego płakałam z bezradności. Czas w tym regionie jest bardzo względny. Nie goi ran, a zburzone podczas działań wojennych wsie są milczącym wyrzutem sumienia. W samym środku Europy.

Narrator, fabuła, zwroty akcji – tych słów nie jestem w stanie użyć pisząc o powieści Marco Maginiego. Wydawało mi się, że jest strasznie proste i płytkie. A potem przypomniała mi się „Iskra życia”. Erich Maria Remarque opisuje w niej piękną i jednocześnie straszną historię miłości w obozie koncentracyjnym. Pamiętam, że ta opowieść bardzo mnie poruszyła, choć mogła niebezpiecznie ocierać się o banał. Więc znowu wróciłam do pytania: po co tworzymy fikcję na kanwie rzeczywistych wydarzeń? I chyba już wiem. Żeby zrozumieć i oswoić się z tematem.

Rok temu, w przeddzień dwudziestej rocznicy masakry w Srebrenicy, prezydent autonomicznej Republiki Serbskiej wchodzącej w skład Bośni i Hercegowiny nazwał ludobójstwo Muzułmanów kłamstwem. Ratko Mladić, który jest oskarżony o kierowanie czystkami etnicznymi, także w Srebrenicy, został pojmany dopiero po 16 latach poszukiwań. Mimo pracy wielu organizacji pozarządowych oraz Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii, zbyt wiele jest niedomówień, zbyt wielu zbrodniarzy nie zostało ukaranych. Trudno zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

I powieści takie jak „Jakby nikogo nie było” przychodzą z pomocą. Powołujemy do życia postaci, które nie istniały, ale mogły zaistnieć, ubieramy fakty w fikcyjne dialogi, bo tylko tak możemy zacząć rozmawiać. Oswoić niezrozumiałe, poznać myśli, rozterki, uczucia rzeczywistych ludzi. I w tym upatrywałabym mocną stronę książki. Niewielu sięgnie po reportaże albo prace badawcze. W mediach nie dowiemy się zbyt wiele, bo temat nie jest już hot. A Marco Magini daje lekko napisaną, co nie znaczy, że lekkostrawną, powieść, w której występują bohaterowie-awatary każdej z zaangażowanych w konflikt wojenny stron.

Marco Maginiemu udał się pisarski debiut. Widać, że fundamentem książki jest solidny research i duże starania, by zbudować wierne historycznie tło. Wciąż mam poczucie pewnej płytkości i zbytniego uproszczenia, ale dla kogoś, kto z tematem spotka się po raz pierwszy, będzie to zaleta, nie wada.

Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Prószyński i S-ka.



czwartek, 24 września 2015

Kiksy klawiatury - Terry Pratchett



Wystarczy rzut oka na okładkę. Czy komukolwiek trzeba przedstawiać tego angielskiego dżentelmena? Hm, tak? No to inaczej: czy komukolwiek, kto zetknął się z literaturą fantasy, trzeba przedstawiać tego angielskiego dżentelmena? Tak myślałem.

Przyznaję od razu – nie jestem maniakiem Terry’ego Pratchetta. Przeczytałem ledwie cztery czy pięć książek ze Świata Dysku oraz jedną niezależną powieść pt. Nacja. Nie był to bynajmniej czas stracony. Proza Pratchetta to rozrywka na najwyższym poziomie – przezabawna, błyskotliwa, zaskakująca, ale też skłaniająca do refleksji nad naszym (kulistym) światem.

Zostawmy jednak dysk, spoczywający na grzbietach czterech słoni, stojących na skorupie wielkiego żółwia. [Niczego nie pokręciłem?] Kiksy klawiatury to już nie beletrystyka. Mamy tu kompilację pratchettowych esejów, przemówień, artykułów i innych krótkich tekstów, zebranych na przestrzeni długiej i owocnej kariery pisarza. Z tekstów tych wyłania się nie tylko Pratchett-pisarz, ale przede wszystkim Pratchett-człowiek.

O czym są zawarte tutaj eseje? Prawie o wszystkim. O pisaniu, o kapeluszach, o elektrowniach atomowych, o orangutanach, o NFZ (nie, nie tym naszym) i wreszcie o eutanazji. Masa wziętych z życia anegdot. Wszystko napisane w starym, dobrym, pratchettowym stylu. Lekkość, humor, celne spostrzeżenia, a tam gdzie trzeba – bardzo trafne uargumentowanie swojego stanowiska. Minusy? Nie wszystkie teksty przykuwały moją uwagę. Owszem, znakomite pod względem literackim, ale niezbyt interesująca mnie tematyka (np. komputery, w dodatku te sprzed dwudziestu lat).

Przypomnijcie sobie Świat Dysku, z wylewającymi się hektolitrami humoru. Jeszcze raz rzućcie okiem na okładkę. Poczciwy, pogodny, staruszek. Dowcipniś, rzucający na prawo i lewo zabawnymi tekstami, prawda? Też tak myślałem. Kiksy klawiatury pozwalają jednak głębiej spojrzeć w tę postać. Widzimy tu właśnie prawdziwego Pratchetta-człowieka. Człowieka, w którym pełno również gniewu, jakiejś ukrytej (a czasem wręcz jawnej) wściekłości i żalu z powodu tego, że świat jest, jaki jest. Śmiem zaryzykować tezę, że swoisty bunt przeciwko zastanej rzeczywistości był jednym z motorów napędowych twórczości Terry’ego. Kulminacją życiowych tematów i rozterek są tutaj teksty o eutanazji i prawie do umierania. Pratchett pisał je, gdy wiedział, że jego dni są policzone (cierpiał na rzadką odmianę choroby Alzheimera).

Po lekturze tej książki czuję jeszcze większą sympatię do Pratchetta. Nie tylko za jego twórczość literacką, ale także za jego poglądy na życie i sprawy społeczne. Pisarz fantasy? Facet miał bardziej zdroworozsądkowe podejście do życia niż większość cholernych polityków, naukowców, publicystów i innych wielkich umysłów tego świata. Dodam jeszcze, że gość zarobił miliony swoim pisarstwem, a mimo to pozostał normalnym, skromnym, ceniącym nade wszystko rodzinne wartości człowiekiem. Dlaczego jeszcze lubię Pratchetta? Od zawsze walczył ze zjawiskiem marginalizowania i umniejszania znaczenia literatury fantasy. Niektórzy pewnie wiedzą o czym mowa: lekceważące spojrzenia nauczycieli, czy bardziej oświeconych kolegów, kiedy przyznajesz się, że czytasz fantasy – niepoważne książki o smokach i czarodziejach.

Nie mogę powiedzieć, że tęsknię za Pratchettem. Miną jeszcze lata, zanim zapoznam się dokładnie z jego twórczością. Zostało mi jeszcze, hm, kilkadziesiąt książek. Coś mi jednak podpowiada, że kiedy tego dokonam (a taki dzień z pewnością nadejdzie), powiem do którejś z książek: Terry, szkoda, że już cię tu nie ma.


A na razie… wszyscy czytajcie Pratchetta!


Podsumowanie: Porucznik****
Na specjalne zlecenie misji:
Agent Zdzisław


Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy 
wydawnictwu Prószyński i S-ka


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

REGULAMIN TŁOCZNI WIN - JOHN IRVING (1895)


Wiele słyszałam o tej książce. I od lat powtarzałam: "raczej nie dla mnie". Pewnego dnia zobaczyłam "Regulamin tłoczni win" w zapowiedziach nowości wydawnictwa Prószyński i S-ka. Coś mnie tknęło. Chcę przeczytać tę książkę! Chyba to jest trochę tak, że to ona wybrała mnie, a nie odwrotnie. Nie wiem, czy recenzje, którymi próbawli zachęcić mnie znajomi były słabe czy po prostu nastał odpowiedni czas. W każdym razie książkę uznaję za wartą przeczytania!

Nie wiem do końca, co mnie odpychało od tej książki. Tematyka aborcji (choćby opisy były nie wiem jak szczegółowe) raczej przyciąga. Sierociniec tak samo. Za wątkami romantycznymi nie przepadam, ale da się przełknąć, jeśli nie jest to główny temat. Chyba były to recenzje wrażliwszych ode mnie, którymi tematyka wstrząsnęła, a wątki miłosne rozkojarzyły. Jednak błędem byłoby powiedzieć, że "Regulamin..." jest ksiażką o sieroctwie, aborcji i miłości. 

Te trzy wątki są nićmi, które zawiazują supełkami inne problemy. Oczywiście kwestia moralna przerwania ciąży jest dość mocno widoczna. Pewnie częściowo dlatego, że nadal wzbodza kontrowersje i konflikty. Jednak bez niej trudniej byłoby zrozumieć wpływ doświadczeń z dzieciństwa i okresu dorastania na późniejsze, dorosłe postrzeganie świata. Trudo byłoby dotrzec, w jak czasami zagmatwany sposób próbujemy naprawić swoje błędy z przeszłości. Niektórzy powiedzą, że książka jest w znacznej części o przeznaczeniu. O tym, że nie mamy wpływu na nasze losy i prędzej czy później stanie się coś, co sprawi, że dopełni się nasze przeznaczenie. A może chodzi tu bardziej o wpływ wychowania na nasze późniejsze wybory? Lub wpływ społeczeństwa, w jakim przyszlo nam żyć i miejscowych realiów? A może to zburzone ideały kierują naszymi wyborami? Zaprawdę powiadam wam: książka to niegłupia.

Wielu osobom może nie odpowiadać styl pisania Irvinga (czy tylko mi to nazwisko kojarzy się z herbatą?). Historia ciągnie się jak rozgotowany makaron spaghetti. Ale dzięki sosowi w postaci ciekawych wątków makaron nie jest mdły. Pierwsza, niejako wstępna część opowieści zajmuje około 300 stron! Czasami czułam się jak na planie "Mody na sukces", gdzie ciąża naprawdę trwa dziewięć miesięcy. Ale w ogólnym rozrachunku stwierdzam, że ma to swój urok i nawet jeśli momentami może się lekko dłużyć, to nie przeszkadza to w odbiorze całej powieści.

Teraz czas trochę ponarzekać. Pozostanę chwilkę przy stylu i formie. Pomimo, że czasami zapominałam o istnieniu tego mankamentu (bo wciągnęłam się w historię), to był on bardzo irytujący: brak graficznego rozganiczenia pomiedzy wątkami. Owszem, jest podział na rozdziały, ale są strasznie długie. Normalnie w takich przypadkach, kiedy narracja przenosi się z jednego miejsca akcji do drugiego jest mała przerwa graficzna i od razu wiadomo, co i jak. Tutaj takiej przerwy nie ma, jest po ptrostu kolejny akapit. Czasami musiałam wracać kilka zdań, żeby się upewnić, że nie przysnęłam i czy aby na pewno nic mi nie umknęło.

Przeczytałam gdzieś opinię, że kreacja bohaterów była doskonała. Uważam, że był to najsłabszy punkt całej książki! Wszyscy są czarno-biali. Jeśli pojawia się miłość, to prawdziwa i na zawsze. Seks bez miłości? Przecież oni nie mieli nikogo innego, byli tacy samotni, opuszczeni i spragnieni bliskości! Wybaczamy. Jeśli pojawia się przyjaźń, to taka jak z serialu. Nawet jeśli cudowni bohaterowie robią coś głupiego, jest im to wybaczone, również przez czytelnika. Bo przecież nie chcieli źle! Przecież zmusiła ich do tego sytuacja! Czują się z tym źle i mają wyrzuty sumienia. Zmienia się ich zachowanie, ale poglądy - nigdy. Jeśli ktoś urodził się jako wrzeszczący buntownik, który nigdy nie kłamie, takim umiera. Jeśli ktoś niesie pomoc, aby zmazać winy przeszłości (popełnione oczywiście ze szlachetnych pobudek) i pozbyć się wyrzutów sumienia, umiera na posterunku. Jesli ktoś się narkotyzuje, to ma ku temu bardzo dobry powód i nadal pozostaje dobrym człowiekiem, kóry nigdy nie stoczy się na samo dno. Poczciwiec pozostaje poczciwcem, a nikczemniek nikczemnikiem. Można tak wymieniać bez końca. No i momentami sielanka jest tak mdła i słodka, że rzygać się chce.

Tak jak wspomniałam - książkę uznaję za wartą przeczytania, bardzo miło spędziłam przy niej czas. Nawet się kilka razy zadumałam. Wymienione mankamenty nie przysłaniają całości i nie przeszkadzają w ogólnym odbiorze. Może dlatego, że to nie postaci i nie fabuła sama w sobie są celem autora? Nie jest to pozycja po przeczytaniu której biję się w piersi z okrzykiem "Głupiam, żem wcześniej po nią nie sięgła!". Przekręciłam ostanią stronę, uśmiechnęłam się pod bujnym wąsem i pomyślałam: "Fajnie, że się w końcu zdecydowałam!"


Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 9/10 - bardzo przyjemna, 
uspokajająca okładka








Za egzemplarz recenzyjny dziekuję 



piątek, 14 sierpnia 2015

ZA MUREM. PODRÓŻ PO CHINACH. - COLIN THUBRON (1987)


Kiedy w latach osiemdziesiątych otwarto granice niedostępnych dotąd Chin, stworzono okazję do zobaczenia na własne oczy, jak tam jest. Jak tam jest naprawdę, bo to oczywiste, że z roku na rok coraz częściej odwiedzane Chiny zaczną się zmieniać. Zanim to jednak nastąpi możemy odkrywać bogactwo trzeciego co do wielkości państwa świata. Colin Thubron wykorzystuje tę okazję w stu procentach i wyrusza na samotną wyprawę mierzącą ponad piętnaście tysięcy kilometrów.

Nie jest to książka ociekająca optymizmem. Wręcz przeciwnie - nie znajdziemy tu biedaków szczęśliwych pomimo tego, że nie posiadają niczego. Nie znajdziemy tu dumnych ze swojego kraju Chińczyków, którzy z niewymuszoną życzliwością i radością oprowadzą zagranicznego turystę po co ciekawszych zakątkach kraju. Znajdziemy za to zgorzkniałość ofiar maoistycznych Chin. Zgorzkniałość oprawców, którzy także stali się ofiarami systemu. Podział na turystów i lokalsów, działający na tej samej zasadzie jak podział na żydowskie i aryjskie sektory w transporcie publicznym czy restauracje przeznaczone tylko dla białych. Czarny rynek, na któym możemy kupić każde stworzenie, jakie sobie tylko wymyślimy. Za 2 funty. Rozdzielone rodziny, czekające na siebie latami. Albo takie, które nigdy razem nie były. Sprane mózgi, bliźniaczo podobne do tych ze stalinowskiej Rosji. 

Thubron, jako Anglik, którego kraj nigdy nie musiał podnosić się spod historycznych gruzów reżimu, ma czasami problemy ze zrozumieniem mentalności Chińczyków. Bywa zmęczony odgrywaniem roli małpy w cyrku, na którą wszyscy się gapią, gdzie tylko się nie pojawi. Odpowiadaniem wiecznie na te same pytania: ile zarabiasz? Czy rolnicy w Anglii mają dni wolne od pracy? Ile masz koszul? I ukrywaniem tego, że jego miesieczne zarobki przewyższają niejedną roczną chińską pensję. Przypomina Wam to coś? Bo ja czytając te fragmenty widziałam Polskę, nie tak znowu dawną. Czy ktoś nie zna choć jednej osoby, która miała ciocię w Ameryce, która przysyłała paczki? Pamiętam, jak zbierało się pazłotko z czekolady i wygładzało paznokciem na gładką, srebrną taflę. Pamiętam, jak ludzie z wioski przychodzili do nas do domu zadzwonić, bo mieliśmy jedyny telefon w okolicy. Później pierwszą komórkę i komputer - nie mogłam uwolnić się od dzieciaków, które masowo przychodziły pograć w pasjansa albo porysować w Paint. Pamiętam, jak spędzaliśmy u kolegi całe wieczory wgapiając się w telegazetę i jak bardzo mu tej telegazety zazdrościłam. Pamięam jak na wycieczce szkolnej jedno z dzieci zaczęło jeść banana ze skórką, bo nigdy wcześniej nie jadło tego owocu. Pamietam, jak weszliśmy do Unii i kiedy wielu znajomych zaczęło wyjeżdżać. Zadawaliśmy pytania: Ile zarabiasz? Ile masz koszul? Ile dni w tygodniu pracujesz? Naprawdę jadasz na mieście? O tak, Polakowi zdecydowanie łatwiej zrozumieć Chińczyków.

Pomimo, że nie czytam zbyt wielu książek podróżniczych, ta sprawiła mi wiele przyjemności i dostarczyła niejednego tematu do rozmyślań. Pozostawia po sobie wizerunek przybrudzonych, nieco zamglonych Chin, zamkniętych pomimo otwartych granic. Sprawia, że chcę tam pojechać i sprawdzić, jak bardzo się zmieniły przez te 28 lat.

Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 8/10 Szkoda, że nie 
ma żadnych zdjęć.









Za egzemplarz recenzyjny dziekuję


wtorek, 11 sierpnia 2015

JUDASZ - AMOS OZ (2014)


Podczas recenzji książki "Wśród swoich" zapewniałam, że sięgnę po inne powieści Amosa Oza. A musicie wiedzieć, że ja zawsze dotrzymuję obietnic. Oto jest! Tak samo dobra jak poprzednia? A może zupełna klapa? 

Przede wszystkim podoba mi się sposób w jaki autor "ugryzł" temat. W to, że wszyscy znają postać tytułową nie wątpię. Natomiast to, że postrzegają ją tak samo, jak przedstawia to Oz jest raczej nieprawdopodobne. Otóż główny bohater książki, student piszący na temat Judasza pracę magisterska przekonuje, że to właśnie Judasz był najwierniejszym towarzyszem Jezusa. Że bez niego nie byłoby chrześcijaństwa. I że nienawiść do niego jest co najmniej hipokryzją. Do mnie przytaczane argumenty docierały w stu procentach i zgadzam się z tezą całkowicie. Może dlatego, że już od dawna mam podobne zdanie na ten temat? Niemniej jednak, nawet osoby które zupełnie inaczej postrzegają ten temat znajdą tu wiele ciekawych tez, stwierdzeń, analiz, filozoficznych rozważań. A może przede wszystim one?

Fabuła, podobnie jak to było w przypadku "Wśród swoich", jest bardzo prosta, bo nie ona gra tu pierwsze skrzypce. Jest tylko płótnem malarskim, podłożem do zbudowania myśli i przedstawienia jej czytelnikowi. A ten nie ma łatwo - Amos Oz naprawdę zmusza do myślenia. Wzrok raz po raz wędruje z kartki na ścianę lub za okno. Nie ze znużenia, lecz raczej bezwiednie, w filozoficznej zadumie. Przygotujcie się na długie rozmowy o chrześcijaństwie. Szczególnie przed snem, kiedy wszystkie światła już zgasną. Do tego należy dodać bardzo ciekawe dywagacje na temat państwa żydowskiego. Ale jakoś temat Judasza przyćmił mi wszystkie inne. Chyba będę musiała przeczytać książkę jeszcze raz :)

Pomimo, że "Judasza" oceniam bardzo dobrze, to nie jestem przekonana, czy jeśli byłaby to moja pierwsza książka tego autora, to byłabym zachwycona tak jak byłam zachwycona lekturą "Wśród swoich". Może dlatego, że życiowe, wewnętrzne rozterki wspomnianego zbiorku opowiadań są mi zdecydowanie bliższe niż tematy około religijne? Nadal czyta się go jednym tchem i naprawdę jest to kawał dobrej, niegłupiej literatury. Nadal można wracać do niej kilkakrotnie i odkrywać coraz to nowe rzeczy. Mimo wszystko nie polecam tej książki na pierwszy ogień. 



Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 9/10 Minus za istnienie obwoluty.






Za egzemplarz recenzyjny dziękuję 



niedziela, 26 lipca 2015

ŻYCIE I CZASY STEPHENA KINGA - LISA ROGAK (2008)



Mistrz Horroru jest od lat inspiracją dla wielu. Niejedna osoba zakochała się w gatunku za sprawą jego twórczości. Ma miliony fanów na całym świecie. A ludzie jak to ludzie - najchętniej z buciorami weszliby mu do świeżo upranej, pachnącej pościeli. Zjedliby mu śniadanie i obrabowali rodzinny album. Wszystkim tym osobom przypominam, że żadna z nich Złotowłosa i że jeśli chcą dowiedzieć się więcej o ich idolu, niech lepiej przeczytają tę książkę. 

Stephen King od zawsze utrzymywał, że w jego życiu nie ma niczego nadzwyczajnego, a on sam jest takim samym szaraczkiem jak ty i ja. Z tą różnicą, że on potrafi pisać. Nie umie pojąć, dlaczego fan przeistacza się nagle w psychofana gotowego na wszystko tylko po to, aby dojeść po nim resztki. Albo uścisnąć jego dłoń. Albo zrobić sobie zdjęcie na tle bramy jego domu. Albo zobaczyć jak King wyjeżdża z posesji na zakupy. To takie fascynujące. Albo...albo... albo... Przejawy szaleństwa można mnożyć bez końca. 

Prawda jest taka, że ten niezwykły człowiek jest najzwyczajniejszy na świecie. Udowadnia to Lisa Rogak, pisząc książkę dla fanów Kinga - pisarza. Fani Kinga - nadczłowieka muszą tym razem obejść się smakiem. Jeśli chesz się dowiedzieć, jakie wydarzenia z życia miały największy wpływ na jego twórczość - koniecznie sięgnij po tę książkę. Jeśli szukasz zadziwiających faktów okraszonych fotkami papparazi - wyjdź.  Z drugiej strony czyż informacja, że King w wieku dwunastu lat miał prawie 190 cm wzrostu nie jest zadziwiającym faktem?

King zawsze powtarza, że nie pojmuje osób, które chcą poznać historię jego życia. Przecież jest zwykłym facetem, który realizował swoje marzenia najlepiej jak mógł. Trochę prawdy w tym jest. Co nie oznacza, że życie przeciętnego "Johna Smitha" nie może być interesujące. Ile znacie osób, które marzą o wykonywaniu innej pracy? Ile osób żyje od pierwszego do pierwszego? Ile z nich wierzy w siebie do końca i jest przekonanych o tym, że kiedyś odniesie skuces? No właśnie... To niezłomna wiara w siebie i pewność, że będzie pisać powieści grozy sprawia, że Stephen King przestaje być zwykłym. Już jako dziecko wiedział, że opowieści grozy to będzie jego chleb powszedni. "Będę pisać!" - postanowił kilkulatek. I tak zrobił. Przekonanie o własnym talencie i upór w dążeniu do celu to podstawowe narzędzia dzieki którym King jest dzisiaj tam, gdzie jest. Dziś, jako jeden z najbogatszych pisarzy świata nadal boi się latać. Nadal boi się węży, deformacji, gąbczastych przedmiotów, psychoterapii... Nadal pozostaje po prostu Stevem - kochającym mężem, fanem Red Soxów i najzagorzalszym fanem sceny grozy. 

Każdy, kto czytał jego książki i ma co najmniej mgliste pojęcie o tym, jak wyglądało jego życie bez trudu zauważy wątki autobiograficzne w jego twórczości. Alkoholizm, porzucenie przez ojca, odrzucenie przez rówieśników, dotkliwa bieda i wieczne przeprowadzki nie mogły przejść bez echa. I właśnie pod takim kątem Lisa Rogak przedstwaia życie i czasy Stephena Kinga. Co się działo, kiedy przestał pić? Co się działo, kiedy padł ofiarą słynnego wypadku? Co się stało, kiedy zekranizowano "Lśnienie"? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań szukajcie w książce Rogak. 

Ta nieautoryzowana biografia to kolejna opowieść o amerykańskim śnie. Tym razem dobra.



Podsumowanie: Generał******
Oprawa graficzna: 9/10 Okładka taka sobie, 
ale za to w srodku jest kilka ciekawych fotek :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

UCZĄC PSA CZYTAĆ - JONATHAN CARROLL (2015)


W życiu każdego człowieka następuje dzień, w którym budzi się i znajduje obrzydliwie drogi zegarek o którym zawsze marzył. Na stole, w kopercie z jego nazwisiem. W życiu każdego człowieka nadchodzi dzień, w którym patrzy przez okno, a tam - Porshe. Z bakiem do pełna. A w kopercie z naszym nazwiskiem - kluczyki, dokumenty. Nadchodzi taki dzień, że najseksowniejsza osoba w biurze zwraca w końcu swoją uwagę w kierunku, o którym zawsze śniliśmy. Wy tak nie macie? 

Opowiesć powstała w ramach projektu, w jakim Carroll wziął udział. Znani pisarze mieli napisać krótkie nowelki. "Ucząc psa czytać" wydano w Polsce ze względu na wielką popularnosć autora. Na dzień dzisiejszy oryginalna wersja językowa nie ukazała sie jeszcze w druku. Opowiada o typowym korpo-szczurku, którego życie jednego dnia wywraca się do góry nogami. W jednej sekundzie zaczynają spełniać się jego sny. Czy będąc na jego miejscu wybralibyście rzeczywistość czy życie wykreowane od początku do końca przez Was?

Mówi się, że to Carroll w pigułce. Kwintesencja jego pisarstwa. Zgadzam się i nie zgadzam jednocześnie. Owszem, znajdziemy tu wszystko, co znaleźć powinniśmy. Sny i śnienie, realizm magiczny, zaskakujące zwroty akcji, ciekawe, odrealnione postaci. Jednak nie ma tego czegoś, iskierki, która sprawia, że pochłaniasz książkę bez gryzienia. Owszem, czytało się miło, ale jeśli ktoś chce zacząć swoją przygodę z Carrollem, "Ucząc psa czytać" nie powinna być brana na pierwszy ogień. Byłaby to najprostsza droga do znudzenia i zlekceważenia innych powieści. NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!

Właściwie podobała mi się tylko jedna rzecz. Kolejny zaskakujący pomysł na temat snu i śnienia. Chcielibyście, żeby Wasze sny mogły śpię spełniać? A moze chcielibyście żyć w krainie zbudowanej z własnych snów? Ja nie jestem do końca przekonana - mam najbardziej porąbane sny na świecie :)


Podsumowanie: Kapral **
Oprawa graficzna: 10/10 
Zajeło mi sporo czasu, żeby zauważyć, 
że na okładce jest tylko jedna twarz :)









Za egzemplarz recenzyjny dziękuję