STEPHEN KING - PODPALACZKA (1980)






Co byście zrobili, gdyby zaproponowano Wam udział w całkowicie bezpiecznym eksperymencie, polegającym na wzięciu czegoś w rodzaju lekkiego narkotyku?  Dodam, że dostaniecie za to 200 baksów, a bardzo potrzebujecie kasy. Odpowiedź jest oczywista. Wchodzę w to!

Tak też zrobił Andy McGee. Jak się później okazało, jedyną dobrą rzeczą która nastąpiła w wyniku tejże decyzji było to, że podczas eksperymentu poznał swoją żonę. Oboje od tej pory przejawiali paranormalne zdolności, które Andy nazywał "pchnięciem".  Po jakimś czasie zaszli w ciążę i urodzili śliczną córeczkę...


Książka wciąga od pierwszych stron, możecie mi wierzyć! Wiem, że moje zdanie na temat Kinga coraz bardziej odbiega od obiektywizmu, ale muszę przyznać, że nie każda jego powieść wciągnęła mnie od razu. Mam nawet takie, za którymi nie przepadam (niewiele, ale są) ;) Dużo akcji, mało pitu-pitu. Krótko (jak na Kinga), zwięźle i na temat. Świetnie, po prostu świetnie!

Zastanawia mnie jedno  - czy rozniecanie ognia tylko za pomocą myśli to dar czy przekleństwo? Dla kogoś takiego jak ja, wiecznie gubiącego zapalniczki, na pewno przydatna rzecz. A co jeśli moc niechcący zostanie skierowana na kogoś, kto zalazł nam za skórę? Hmm... kusząca propozycja ;)

Wbrew pozorom książka nie jest tylko o podpalaniu kolejnych obiektów, masakrowaniu ich mieszkańców i poszukiwaniu kolejnego idealnego miejsca na pożogę. Książka dotyka dużo głębszych tematów, takich jak zaufanie, przyjaźń i sumienie. Dylematy moralne Charlie, małej dziewczynki, która zamiast bawić się w piaskownicy z innymi dziećmi ucieka z ojcem przez pół stanu, są nie lada orzechem do zgryzienia nawet dla dojrzałego czytelnika.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to to, że "Podpalaczka" mogłaby być dłuższa. Kocham Kingowskie "cegły" po 1000 stron...! To tak, jakby ktoś Wam powiedział, ze jedna czekoladka jest lepsza  od całego pudełka. Wszystkie są pyszne, ale...dawać mi pudełko!

Aż trudno uwierzyć, że książka jest starsza ode mnie (od Agentki Rosemary trochę mniej hehehe)! ;) Jest niewiarygodnie aktualna i nie ma prawa zbierać kurzu na półce! To jedna z tych pozycji, po które będą sięgać kolejne pokolenia. Najpierw z ciekawości, co czytuje babcia. A potem z przyzwyczajenia. Już z własnej półki.

Przypomnę jeszcze, że na podstawie książki w 1984 roku M. Lester nakręcił film z Drew Barrymore w roli tytułowej. Film też polecam, ale gdzie mu tam do książki!


Wilczex


JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 4/6
POSTACIE:5/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 4/6

Podsumowanie: Pułkownik*****

18 komentarzy:

  1. Mam tę książkę w domu. Parę razy się za nią zabierałam, ale... jakoś nam nie po drodze było. Jednak... po takiej recenzji, czas chyba to zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto przeczytać, naprawdę. To jedna z tych pozycji, którą się odkłada na później a potem nie można sobie wybaczyć, że tak późno ją przeczytaliśmy ;)

      Usuń
  2. Jenda z moich ulubionych książek Kinga i pierwsza, jaką przeczytałam.
    I faktycznie - choć nie dorównuje objętością innym jego dziełom to w tym przypadku przemawia to na korzyść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy a korzyść... Ja bym chętnie przeczytała,co DOKŁADNIE wydarzyło się z Charlie po ucieczce... ;)

      Usuń
  3. Charlie po ucieczce wyrosła na straszną lampucerę - przynajmniej według twórców badziewiastego filmu "Podpalaczka 2" :)

    Książka rzeczywiście angażuje od pierwszej strony; autor od razu wrzuca nas w wir akcji, w sam środek pościgu agentów za Andym i Charlie, nie ma więc przydługiej ekspozycji a przeszłość bohaterów zostaje wyjaśniona raz dwa w retrospekcjach. Wątkiem z eksperymentem Lot Sześć King nawiązuje do wiszącej jeszcze wtedy w powietrzu afery z MKULTRA i jest to chyba jego druga po "Dead Zone" powieść, w której tak bezceremonilanie przejechał się po systemie. Z jednej strony skrzywdzona rodzina McGee (rzadko kiedy King opisuje rodzinę amerykańską tak bardzo się kochającą jak ta), tuż obok spotykani po drodze, wspaniałomyślni obywatele. Wreszcie, po drugiej stronie barykady, przedstawiciele służb specjalnych, portretowani przez autora ze złośliwą ironią, jako nosiciele skaz moralnych i fizycznych, różnych hemoroidów, nowotworów, zboczeń itp. paskudnych a wstydliwych cywilizacyjnych przypadłości, symbolizujących kompromitujące kulisy walki o amerykańską demokrację.

    Ekranizacja, jak przystało na reżysera odpowiedzialnego za "Commando" ze Szwarcym, zawiera bardzo malownicze pokazy piotechniki w finałowych scenach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpalaczki 2 nie oglądałam i nie zamierzam, bo nie chcę sobie psuć opinii na temat całego pomysłu ;)A czasem trochę pirotechniki, pożogi i efektów nie zaszkodzi :)

      Akcja faktycznie dynamiczna i bez zbędnych ceregieli. Ja kocham właśnie te dogłębne analizy i opisu Kinga,dlatego tym bardziej jestem zdziwiona, że taki, jak to określiłam w recenzji, brak pitu-pitu przypadł mi do gustu ;)

      Usuń
    2. Ps. Co do Charlie i jej losów po ucieczce- zadowoliłabym się momentem pomiędzy ucieczką a dotarciem do farmy Mandersów. Kolejne 100 strony nie zaszkodziło ;)

      Usuń
  4. No ale przecież empatia autora (bo tak nazwałbym tą umiejętność Kinga wchodzenia w skórę swoich postaci) jest w "Podpalaczce" non stop wyczuwalna, nie ważne czy na scenie stoi akurat Charlie, Andy, Rainbird czy facet darzący dziwną namiętnością niszczarkę do odpadków ;) Myślę, że analiza psychologiczna zajmuje w książce bardzo dużo miejsca. Natomiast niewiele, w porównaniu z innymi książkami Kinga, jest analizy socjologicznej, co jest zrozumiałe zważywszy, że bohaterowie są ze społeczeństwa wykluczeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że jest wyczuwalna, nie czytałam jeszcze żadnej jego książki bez tej empatii ale przyznasz, że rozbudowanie tego wątku właśnie na okres pomiędzy ucieka a dotarciem do farmy Mandersów byłoby fajne. Po prostu książka trochę za szybko się skończyła.... ;)

      No ale ja, jak już wspomniałam lubię te grube książki Kinga, np. "To". Wśród tych mniej opasłych też mam swoich ulubieńców, jak np genialna "Dolores Claiborne", ale to chyba dlatego, że w tych cieniutkich jest mało bohaterów i uwaga nie ucieka, nazwijmy to " w społeczeństwo". A w tych książkach średniej grubości zawsze czegoś brakuje (pod warunkiem, że jest w nich właśnie wielu bohaterów, bo taka "Misery" na przyjkład jest bezkonkurencyjna

      Nie mówię, że te średniej grubości pozycje są gorsze pod jakimś względem, też się je świetnie czyta i w końcu do nich wraca, ja jednak wolę albo całkiem krótkie formy albo opasłe grubasy. Chyba po prostu "ten typ tak ma". ;)

      Usuń
  5. "ale przyznasz, że rozbudowanie tego wątku właśnie na okres pomiędzy ucieka a dotarciem do farmy Mandersów byłoby fajne"

    Może byłoby fajne, a może nie. Kondycja, w jakiej dotarła na farmę Mandersów każe przypuszczać, że przebyła długą i wyczerpującą wędrówkę, żywiąc się jagodami, kradnąc miedziaki z automatów telefonicznych, od czasu do czasu chwytając autostop "na ładne oczy". Nikt przez ten czas nie deptał jej po piętach, nikogo więc nie musiała puszczać z dymem... Czy faktycznie warto by było przeciągać finał żeby zmieścić w nim opis takiej wycieczki? Skoro sam autor (zazwyczaj lubujący się w piętrowych eplilogach) z tego zrezygnował, to widocznie nic szczególnego się w tym czasie nie wydarzyło; przynajmniej nic, czego nie jest w stanie odtworzyć wyobraźnia czytelnika bazująca na tym, czego się podczas całej lektury na temat Charlie dowiedzieliśmy.
    Również zakończenie uważam za udane. Następuje ono w momencie, kiedy LOT 6 przestaje być prywatnym koszmarem rodziny McGee, a staje się sprawą publiczną. W tym miejscu mogłaby się zacząć właściwie nowa historia: Sklepik kontra opinia publiczna, Charlie występująca w TV i wizytująca w Białym Domu, wpadająca w rolę pionka w rozgrywkach polityków itd. Tylko że na to wszystko musiałby King zapisać następnych paręset stron a my mielibyśmy kolejną cegłę do zgryzienia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dobrze! Ja takie cegłówki kocham! ;)

      "rzebyła długą i wyczerpującą wędrówkę, żywiąc się jagodami, kradnąc miedziaki z automatów telefonicznych, od czasu do czasu chwytając autostop "na ładne oczy". Nikt przez ten czas nie deptał jej po piętach, nikogo więc nie musiała puszczać z dymem... Czy faktycznie warto by było przeciągać finał żeby zmieścić w nim opis takiej wycieczki? "

      Czyżby zwiastun "Pokochała Toma Gordona"? :D

      Usuń
  6. "Pokochała" była chyba inspirowana sceną przeprawy Śnieżki przez las w filmie Disneya. Któż się nie bał tej sceny. Spielberg na jej przykładzie nazwał Disneya mistrzem horroru :)

    Jeśli lubisz "Dolores Claiborne" to polecam powieść Łubińskiego "Ballada o Januszku". Pod wieloma względami te dwie książki są do siebie podobne; nawet się zastanawiałem czy przypadkiem King Łubińskiego nie czytał, ale wątpię. Taka sama forma monologu steranej kobieciny, która zdaje przed kuratorem relację z życia, podobnie nieociosany język, trzeźwe spojrzenie na świat, szeroko nakreślone tło i smutna wymowa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy Ty czytasz w moich myślach?! Już tłumaczę....

    "Balladę o Januszku" czytałam daaawno dawno temu. Pewnego dnia nie miałam już co czytać, za oknem ziąb jak cholera, do biblioteki daleko... Zaczęłam przerzucać stare książki na półce rodziców. Znalazłam "Balladę..." i zaczęłam czytać. Pamiętam do dziś niektóre sceny, chociaż byłam na tyle młoda, że nie do końca rozumiałam tę książkę i często chodziłam do mamy spytać "A dlaczego...?"

    Jakoś kilka tygodni temu... znów mi się nudziło. I zaczęłam buszować na Youtube. I trafiłam na film "Ballada o Januszku". Obejrzałam kilka odcinków i postanowiłam przywieźć z od rodziców do Gdańska książkę i ją sobie odświeżyć. I tak od kilku dni leży na mojej półce ;)

    Na pewno pojawi się recenzja. Ciekawa jestem, ,czy będę ją odbierać po latach tak samo jak kiedyś. Pamiętam, że myślałam wtedy o tym, że Januszek był tym, czego z założenia być nie powinno - złym człowiekiem. Takim po koniuszki palców i od zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Btw. "Królewna Śnieżka" to moja ukochana bajka z dzieciństwa. Mm do dziś sfatygowany, bogato ilustrowany egzemplarz bez okładki w domu.

    Znałam na pamięć całość,tak, że wszyscy dziwili się, że "taka mała a tak czyta!". A ja po prostu pamiętałam DOKŁADNIE co na której stronie jest napisane. ;)

    I nie bałam się przeprawy przez las. Za to szybko przewracałam kartkę na której była zła macocha, która zatruwała jabłko... Jak sobie przypomnę te szponiaste paluchy i obrazek cały za zielonkawą dymo-mgłą... brrr... ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. W myślach nie czytam, jeno wspomniałaś o "Dolores" a mi się zaraz przypomniała "Ballada" jako rzecz w podobnym klimacie ;) Fajnie, że ją znasz, że planujesz do niej wrócić i o niej napisać, bo to książka trochę dziś przykurzona i tym bardziej warto przypominać ludziom o jej istnieniu :) Serial telewizyjny również wspaniały, podejrzewam że bezprecedensowy w skali światowej; w tamtych czasach tv nie robiła widzom kisielu z mózgu, tak jak teraz. Od lat czekam (i doczekać się nie mogę) na wydanie DVD.

    "Jak sobie przypomnę te szponiaste paluchy i obrazek cały za zielonkawą dymo-mgłą..."

    Ten obrazek: http://cache.jezebel.com/assets/images/39/2008/03/medium_WitchApple032708.jpg ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ale baaaardzo blisko.... brrr...

      Usuń
  10. I do not even understand how I ended up right here, however I thought this publish was once great.
    I don't realize who you might be however certainly you are going to a famous blogger if you happen to aren't
    already. Cheers!

    Check out my weblog: Dragon City Cheat Engine

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią

Misja: K.S.I.A.Ż.K.A. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.